WARSZAWA
ATAK KLONÓW - EPIZOD III
Paweł Giergoń    02.05.2011

Epizod I - Charles de Gaulle. 2005 Epizod I - Charles de Gaulle. 2005
Epizod II - Tadeusz Kościuszko. 2010 Epizod II - Tadeusz Kościuszko. 2010
Epizod III - Napoleon. 2011 Epizod III - Napoleon. 2011
Obraz współczesnej rzeźby pomnikowej w Warszawie nie napawa optymizmem. Po przeszło dwudziestu latach od tzw. transformacji ustrojowej, przestrzeń publiczną miasta szpecą liczne pseudo-artystyczne koszmary w typie pomników Janusza Korczaka w parku przed Pałacem Kultury, Pomordowanym na Wschodzie na ulicy Stawki, księdza Ignacego Skorupki przed katedrą na Pradze czy Czynu Zbrojnego Polonii Amerykańskiej na Placu Grunwaldzkim na Żoliborzu. Problem to ważki, gdyż na długie lata zmusza mieszkańców do obcowania z rzeźbiarską partyzantką i co gorsza, nie widać nikogo, kto mógłby zjawisku temu skutecznie zapobiec. Dowodem chociażby konkurs na upamiętnienie mszy papieskiej na Placu Piłsudskiego w Warszawie - przykład kompletnej impotencji artystycznej i dyletanctwa urzędników stołecznego Ratusza.

Od kilku lat mamy też do czynienia ze zjawiskiem tyle kuriozalnym, co dla sztuki szkodliwym - w przestrzeni publicznej miasta stawiane są kopie istniejących już monumentów. Pierwszym tego przykładem było ustawienie w 2005 roku przed dawnym Domem Partii kopii pomnika generała Charlesa de Gaulle'a, dzieła francuskiego artysty Jean'a Cardot'a. Żadnym pocieszeniem jest tu fakt, że stojący na paryskich Champs-Élysées oryginał jest równie mierny jeśli nie gorszy, zważywszy na kompletnie nieudany postument. Istotne jest to, "kto za tym wszystkim stoi" (jak mawiał towarzysz generał w 1981 roku), okazuje się bowiem, że mamy w Warszawie personę wielce wpływową, która w prowincjonalnym mieście nad Wisłą ma do spełnienia życiową misję. Osobą tą jest przewodniczący Polskiej Sekcji Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy Członków Legii Honorowej. Owych pomagających sobie wzajemnie członków mamy dziś w Polsce wielu. Wśród nich także polityków i ludzi kultury, co może tłumaczyć łatwość, z jaką Stowarzyszenie realizuje swoją misję. Idea upamiętnienia postaci generała de Gaulle'a nie budzi wątpliwości. Szkodliwy jest sposób, w jaki wprowadzono ją w życie.

Sześć lat zabiegali członkowie Stowarzyszenia Budowy Pomnika Tadeusza Kościuszki o wzniesienie monumentu na Placu za Żelazną Bramą przed Pałacem Lubomirskich w Warszawie. Pierwotnie forma monumentu miała zostać wyłoniona w konkursie, co zważywszy na epokę, której miał dotyczyć byłoby samo w sobie zadaniem karkołomnym. Ratusz, niedysponujący budżetem na tego typu fanaberie zgodził się by pomnik sfinansował jeden z komercyjnych banków prowadzących działalność w Polsce. Instytucja ta postawiła jednakże warunek, iż przekaże milion złotych na realizację pod warunkiem, że będzie to kopia monumentu z 1910 roku autorstwa Antoniego Popiela, stojącego w parku Lafayette w pobliżu Białego Domu w Waszyngtonie. Komitetowi Budowy Pomnika, w którego składzie znaleźli się m.in. przedstawiciele muzeum i tzw. kolekcji Porczyńskich przewodził znany peerelowski historyk. Przewodniczącym Komisji Artystycznej był równie znany historyk sztuki, od lat związany z Zamkiem Królewskim w Warszawie. Trudno dziś zrozumieć, jakie intencje kierowały inicjatorami wzniesienia po dwustu przeszło latach pomnika zwietrzałego już mocno bohatera przegranej sprawy. Trudno też zaakceptować formę i treść tego stuletniego de facto monumentu, gdzie postać Naczelnika odziana jest w mundur amerykańskiego generała. Jeszcze trudniej zrozumieć, dlaczego znakomity historyk sztuki firmuje swoim nazwiskiem tego typu przedsięwzięcia. Ostatecznie, jak to już niejednokrotnie w historii najnowszej bywało, miasto dołożyło do pomnika ponad 900 tysięcy złotych. Tym razem, były to publiczne pieniądze wyrzucone w błoto. Dobitnym tego potwierdzeniem było kompletne zignorowanie przez mieszkańców Warszawy uroczystości odsłonięcia nikomu (poza inicjatorami i bankiem) niepotrzebnego, muzealnego klonu z Waszyngtonu.

Polska Sekcja Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy Członków Legii Honorowej nie próżnuje i dalej wypełnia swą misję nad Wisłą. Po przywróceniu w Warszawie ulicy marszałka Ferdinanda Focha, padło na Plac Powstańców Warszawy, gdzie z inicjatywy Stowarzyszenia i przy poparciu (jakżeby inaczej) Rady Miasta "przywrócono" przedwojenny pomnik Napoleona I Bonapartego, którego imię plac ten nosił do 1939 roku. Smaczku sprawie nadaje fakt, że odtworzony pomnik nie jest tym, który ustawiono tam w 1921 roku, i który wkrótce został rozebrany. Za wzór posłużył Stowarzyszeniu inny monument cesarza, stojący od 1923 roku na terenie Wyższej Szkoły Wojennej przy ul. Koszykowej, autorstwa Michała Kamieńskiego. Popiersie Napoleona z Koszykowej odnaleziono po wojnie w Forcie Czerniakowskim i dziś stoi wśród innych zgromadzonych rzeźb na dziedzińcu Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Tym samym dzięki energii członków Legii Honorowej stolica ma dwa już dwa identyczne monumenty kontrowersyjnego cesarza - zapomniany do niedawna oryginał w Alejach Jerozolimskich i kopię na Placu Powstańców Warszawy. Ta ostania, stanęła w centralnej części placu, tyłem do jedynego pomnika Powstania, na jaki zgodziła się ówcześnie władza ludowa - pomnika z racji swych gabarytów praktycznie nieznanego i niezauważanego przez nieświadomych własnej historii mieszkańców miasta.

Wśród argumentów broniących decyzji o ustawieniu w przestrzeni miasta trzech bezwartościowych kopii istniejących gdzie indziej pomników przywołuje się ten o finansowaniu ich budowy z funduszy prywatnych. Jak widać na przykładzie klonu z Waszyngtonu, nie zawsze jest to prawdą. "Francuskie" pomniki miały być finansowane przez Francuzów mieszkających w Polsce. Nawet jeśli tak było, nie stanowi to usprawiedliwienia dla zaśmiecania placów Warszawy przedmiotami z punktu widzenia sztuki bezwartościowymi. Do dziś nikt nie wpadł na pomysł odtworzenia zniszczonego przez Niemców znakomitego pomnika Sapera autorstwa Mieczysława Lubelskiego, który od 1933 roku stał na skwerze u zbiegu ulic Nowowiejskiej i Alei Niepodległości. Powrotu nad Wisłę nie może doczekać się Dowborczyk stojący "tymczasowo" od lat na terenie Muzeum Wojska Polskiego. Nie zawiązują się w tym celu żadne stowarzyszenia i brak jest jakichkolwiek inicjatyw wspieranych przez luminarzy świata kultury i sztuki. Argument jest zawsze ten sam - brak pieniędzy. Z tej też przyczyny nie rozpisuje się konkursów powszechnych na nowe dzieła sztuki. Czy znaczy to, że o jakości tej sztuki w przestrzeni publicznej miasta decydować mają wyłącznie wzajemnie pomagający sobie kawalerowie Legii Honorowej?

Foto i opracowanie 2011 © Paweł Giergoń



redakcja|nota prawna
© 2003-2018 sztuka.net   Wszelkie prawa zastrzeżone.