WARSZAWA
HISTORIA (AUTORA) JEDNEJ MOZAIKI
Paweł Giergoń    13.06.2011

Może zdarzyć się, że spacerując wiosennym, słonecznym popołudniem po znanych nam miejscach na architektonicznej mapie Warszawy, przejdziemy obok budynku, w którym za zamkniętymi drzwiami znajduje się intrygująca, ciekawa kompozycja plastyczna. Wiemy o niej tyle, że jest. Widzieliśmy ją wielokroć, kiedy tamtędy przechodziliśmy. Za szybą. Niedostępną. Pamiętaliśmy, że tam jest. Pamiętaliśmy by i tym razem tamtędy przejść. Upewnić się, że jest. Cała. Niezniszczona. Nieznana i intrygująca. Nie znajdziemy o niej żadnej informacji w jakiejkolwiek książce, czasopiśmie czy opracowaniu. Może zdarzyć się, że akurat tego dnia drzwi wejściowe do budynku będą lekko uchylone, ponieważ zepsuł się elektroniczny zamek. Można(?) wejść do środka, z lekką obawą i poczuciem winy intruza... Może zdarzyć się, że mamy pod ręką aparat i będziemy chcieli zrobić szybko zdjęcie, wszak okazja to niecodzienna. Musimy wcześniej wymienić obiektyw na szerokokątny, co wymaga odrobiny czasu i kilku monotonnych czynności do wykonania. Może zdarzyć się, że na klatce schodowej pojawi się wówczas lokatorka, która zaniepokojona obecnością obcego spyta, co tam robimy i dlaczego? Trzeba będzie wówczas wyjaśnić przyczyny wtargnięcia w obszar własności prywatnej, mimochodem wspominając również, że nie znamy autora plastycznego dzieła i daty jego powstania. Może zdarzyć się, że życzliwa ta osoba nieoczekiwanie zaprowadzi nas przed drzwi mieszkania, które z początku z nieufnością, za chwilę zaś z serdecznością otworzy nam wdowa po artyście, który kilkadziesiąt lat wcześniej intrygującą nas kompozycję plastyczną wykonał...

Wejście do klatki pierwotnie nie było tak pilnie strzeżone. Nie miało w ogóle drzwi. Z ulicy wchodziło się po prostu do przedsionka wiodącego do schodów i windy. Tak było w 1962 roku, kiedy budynek powstał - znany wszystkim wieżowiec przy ulicy Zgoda 12. Ścisłe centrum miasta. Mały plac z parkingiem na tyłach dawnego Domu Towarowego Junior. W parterze bloku księgarnia. Na prawo, jakaś tymczasowa knajpa... W latach 60. XX wieku mieścił się tam bar Pod Kurierem. W przedsionku bloku mozaika. Skromna. Materiał kamienny nie zachwyca. Widać, że to zbieranina odpadków niewiadomego pochodzenia. Kolorystyka stonowana. Przeważają odcienie brązów i szarości. Kompozycja abstrakcyjna, ale nie monotonna. Intryguje. Kim był człowiek, który ją wykonał? Skąd w ogóle mozaika na ścianie przedsionka jakiegoś gomułkowskiego bloku mieszkalnego?

Jej autorem był Wieńczysław Barsegow-Pławiński, mieszkaniec bloku przy ulicy Zgoda 12. Kiedy budynek oddawano do użytku latem 1962 roku, artysta brał ślub z Marią Skrzyńską, z zawodu leksykografem. Z okien ich nowego mieszkania rozpościerał się wówczas "ciekawy" widok - masywna bryła Pałacu Kultury i Nauki oraz uciążliwy plac budowy tzw. Ściany Wschodniej, czyli Domów Towarowych Centrum i zaplecza mieszkalno-usługowego w postaci Pasażu Śródmiejskiego, budowanych mozolnie do końca lat 60. XX wieku. Pławiński miał mnóstwo energii, pomysłów i szerokie zainteresowania. Miał też wówczas niebanalne doświadczenie. Lubił być aktywnym, robić coś, co sprawiało mu satysfakcję. Nie chciał marnować ani jednego dnia życia, którego tak bardzo dotkliwie doświadczył... Pomysł na wykonanie kompozycji plastycznej na pustej ścianie wejścia do klatki był naturalną konsekwencją potrzeby działania. Żona Maria, jako właścicielka mieszkania zwróciła się o zgodę do Zarządu Spółdzielni. Nie było sprzeciwu: - Oczywiście, naturalnie, czemu nie...? Inicjatywa obywatelska. Nie trzeba też było zgody cenzury z Mysiej. Przestrzeń publiczna, ale i niepubliczna zarazem... Skąd Pławiński wziął materiał na mozaikę nie wiadomo. Może kupił go gdzieś za własne pieniądze w Warszawie, może poza Warszawą? Trudno powiedzieć. Spółdzielnia w niczym poza (nomen omen) zgodą nie pomogła. Inicjatywa, materiał i wykonanie musiało było udziałem samego artysty. Wykonanie mozaiki kamiennej wymagało wsparcia, którego artyście udzielił przyjaciel żony jeszcze z czasów wspólnej nauki w gimnazjum Czartoryskich w Puławach - malarz i ekscentryk, Kazimierz Gąsiorowski. To ciekawy wątek, mając na uwadze fakt, że Gąsiorowski swoje pierwsze mozaiki (Dom Meblowy Emilia, Akademia Medyczna, Kino Mazowsze) zaczął wykonywać dopiero na przełomie lat 60. i 70. XX wieku. W 1964 roku, pomagając mężowi przyjaciółki w układaniu materiału kamiennego na ścianie bloku przy ulicy Zgoda Gąsiorowski uprawiał jeszcze malarstwo sztalugowe. Można tym samym zaryzykować tezę, że późniejsza, monumentalna twórczość tego znakomitego artysty miała swoje korzenie właśnie w roku 1964 roku w skromnym przedsionku bloku mieszkalnego.

Kompozycja mozaikowa nie ma tytułu. Nie ma go również drugie, skromniejsze i kameralne dzieło Pławińskiego na balkonie mieszkania w tym samym budynku. Powstało poźniej, choć planowane było do wykonania wcześniej. Przedstawia zarys kobiecej postaci wyłaniającej się z jednolitego kolorystycznie tła. Materiał kamienny zbierany był przez artystę w czasie urlopu na plażach Sopotu i Orłowa. Kamienie ok. dziesięciokilogramowymi paczkami wysyłane były do Warszawy, ku rozpaczy listonosza, który dostarczał je pod drzwi mieszkania. - Co Wy tam macie? - pytał za każdym razem zdyszany. - Kamienie?...

Oba dzieła plastyczne stanowią ewenement w ówczesnej zideologizowanej i podlegającej ścisłej kontroli, zbiurokratyzowanej rzeczywistości policyjnego państwa. Nie są dziełami wybitnymi, ale też nie należy rozpatrywać ich w tych kategoriach. Ich wartość ma zupełnie inny wymiar - symboliczny i historyczny. Powstały z inicjatywy i pracą człowieka, który oficjalnie artystą nie był. Nie miał dyplomu wyższej uczelni artystycznej. Nie należał do Związku Polskich Artystów Plastyków. Człowieka, którego władza ludowa objęła nieformalnym (ale skutecznie egzekwowanym) zakazem jakiejkolwiek pracy etatowej. To za karę - za czyny, jakich dokonał i za wartości, jakie wyznawał - przed i po wojnie. Za lojalność wobec Ojczyzny i walkę z okupantem - także tym radzieckim. Za brak pokory wobec oprawców. Za przywiązanie do wartości, które przez czterdzieści cztery lata okupant i jego wierni sprzymierzeńcy skutecznie tępili jako przejaw reakcji i zagrożenie dla własnego, totalitarnego bytu. Za patriotyzm wreszcie - słowo dziś tak skutecznie zohydzone większości społeczeństwa przez tzw. środowiska postępowe...

Wieńczysław Barsegow-Pławiński urodził się w Tibilisi 25 października 1915 roku. Ojciec, Aleksander Barsegow był Gruzinem z dobrego i bogatego rodu. Został zamordowany przez bolszewików w czasie rewolucji październikowej. Matka, Helena Pławińska była typową, jasnowłosą Polką z inteligenckiej rodziny zesłańców po powstaniu roku 1863. Ojciec Heleny był inżynierem drogowym osiadłym przymusowo na Kaukazie. Sytuacja matki z małym Wieńczysławem w ogarniętej wojną Rosji nie należała do łatwych. Stracili cały majątek. Rodzina rozproszyła się. Większość uciekła za granicę. Jej starania o wyjazd do Polski trwały bardzo długo. Nie udało im się wydostać z Rosji razem z repatriantami po wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku. Musiała czekać jeszcze rok, by ostatecznie dzięki pomocy dawnych przyjaciół zamordowanego męża uzyskać zezwolenie na wyjazd. Do Polski wracali przez Moskwę już w 1921 roku. Późno, bardzo późno, zważywszy na fakt, że powroty Polaków praktycznie w owym czasie już ustały. Kiedy zbliżali się do granicy w Brześciu, pociąg był praktycznie pusty. Byli jedynymi powracającymi do Polski z tego kierunku. Udali się do Wilna, gdzie osiadła cała rodzina matki. Tam Wieńczysław skończył szkołę powszechną i gimnazjum Jezuitów. Wcześnie zaczął przejawiać zainteresowania wojskiem. Miał też duże zdolności plastyczne. Po maturze wstąpił do Szkoły Podchorążych Kawalerii w Grudziądzu, którą skończył w 1938 roku - była to ostatnia promocja oficerska przed wybuchem II wojny światowej. Wkrótce otrzymał przydział do 13 Pułku Ułanów Wileńskich, w którym objął dowództwo szwadronu kawalerii tatarskiej – jedynej takiej formacji w Wojsku Polskim. Równocześnie z ukończeniem podchorążówki wstąpił na Wydział Rzeźby Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie.

We wrześniu 1939 roku walczył z Niemcami w ramach Armii "Prusy" dowodzonej przez gen. Stefana Dąb-Biernackiego. Po rozwiązaniu 13 Pułku Ułanów Wileńskich utworzył oddział partyzancki, z którym dołączył do Samodzielnej Grupy Operacyjnej "Polesie" dowodzonej przez gen. Franciszka Kleeberga. Pod Kockiem broni nie złożył. Przedarł się samodzielnie przez kordon korpusu kawalerii sowieckiej, otaczający kapitulujące wojsko polskie. Podczas kampanii wrześniowej pierwszy raz ranny był w głowę. Okres okupacji spędził w konspiracji (ps. "Harap") jako dowódca batalionu kawalerii w 3 Wileńskiej Brygadzie Armii Krajowej pod dowództwem kpt. Gracjana Fróga ps. "Szczerbiec". Do 1941 roku przebywał w Wilnie. Po nieudanej próbie przedostania się do Anglii (przez Norwegię) otrzymał zadanie zorganizowania komórek konspiracyjnych na Białorusi. Zdekonspirowany schronił się ponownie w Wilnie. W 1944 roku front Armii Czerwonej dotarł na przedmieść Wilna. 17 lipca tego roku Rosjanie podstępnie aresztowali całe dowództwo lokalnych struktur AK, w tym "Szczerbca". Barsegow jako jedyny oficer uniknął prowokacji i przedarł się do Puszczy Rudnickiej, gdzie połączył się z oddziałami "Tura" i "Górala".

Po zakończeniu wojny pozostał w konspiracji. Na rozkaz ostatniego dowódcy okręgu wileńskiego ("Benedykta") jako ostatni zawodowy oficer organizował w Wilnie III Brygadę Polaków z Litwy (Inspektorat Litwa-Wilno-Północ). Wiosną 1946 roku brygada ta liczyła 16 oficerów rezerwy, 43 podoficerów oraz około 630 ludzi w stanie konspiracji i półkonspiracji. Wszystko to na terenie Związku Radzieckiego, wśród szalejącego terroru NKWD... Cały czas poszukiwany przez kontrwywiad radziecki unikał szczęśliwie dekonspiracji. W tym samym roku z Warszawy przyszedł rozkaz o konieczności opuszczenia terenu, przejścia na stronę polską, wejścia tu do konspiracji. Trzeba było przerzucić masę ludzi przy pomocy fałszywych dokumentów przez granicę. Część wojska z rejonu Wilno-Północ przerzucona została oficjalnie w ramach tzw. akcji repatriacyjnej - komu udało się ukryć swoją działalność konspiracyjną, oficjalnie wracał do Polski. Pozostałym pomagał specjalnie powołany zespół, w skład którego wchodził również Barsegow. To on z Wilna przeprowadzał ludzi przez Puszczę Rudnicką i Ruską do tzw. "Bunkra Piłsudskiego", po drodze tocząc walki z tropiącymi ich zaciekle истребительными батальонами - specjalnymi batalionami operacyjnymi NKWD przeznaczonymi do zwalczania "dywersji" na terenach "odzyskanych" w trakcie II wojny światowej. Z "Bunkra Piłsudskiego" Polacy przerzucani byli dalej przez granicę przez por. "Lalusia". W ten sposób, przy pomocy sfałszowanych przez Barsegowa dokumentów (i zdobycznych, oryginalnych pieczęci NKWD) udało się ściągnąć do kraju blisko 2000 żołnierzy AK i ich bliskich. Przedsięwzięcie to, o kryptonimie "Dalekie 2" było ostatnią polską akcją konspiracyjną na Wileńszczyźnie. Na koniec do Polski przedostał się sam Wieńczysław Barsegow. Wysoki, wysportowany, z czarną czupryną i kaukaskim typem urody miał małe szanse na wtopienie się w tłum. Z własnoręcznie sfałszowanymi papierami wskazującymi, że jest kowalem, przefarbowany na rudo, z pokaleczonymi cegłą dłońmi bezpiecznie przekroczył granicę. Pojechał do Łodzi, do matki, którą wcześniej zdołał wydostać z Wilna. Ponownie bezskutecznie próbował przedostać się do Anglii. Po czterech miesiącach poszukiwania go w Polsce przez kontrwywiad wojskowy i NKWD, został aresztowany w Warszawie i osadzony w celi więzienia przy ulicy Rakowieckiej. Tu oraz w Alei Szucha spędził 6 miesięcy, po czym na polecenie gen. Jefimowa z Wileńskiego Wojennego Okręgu wydany został Rosjanom. Skrępowany drutem, rzucony na odkrytą pakę ciężarówki jechał półtorej doby bez jedzenia i picia. Po przybyciu do Wilna był pewien, że stracił dłonie - zdrutowane zbyt mocno były czarne, spuchnięte i bez czucia. Na szczęście, już w celi wileńskiego więzienia udało mu się przywrócić w nich krążenie. Rozprawa przed sądem wojskowym była krótka. Wieńczysław Barsegow sądzony był jako obywatel Związku Radzieckiego (przed wojną mieszkał w Wilnie...) i skazany został za zdradę ojczyzny na karę śmierci. Po trzydziestu sześciu dniach pobytu w celi śmierci Верховный Совет CCCP zmienił mu karę na 25 lat katorgi w obozie pracy pod Workutą.

Obóz trzeba było dopiero zbudować. Więźniów, w tym Barsegowa wyrzucono z pociągu w pustkowiu pozbawionym jakichkolwiek innych śladów cywilizacji. Mieszkał w lepiance, podobnie jak reszta niemieckich jeńców, bogatych Litwinów i nielicznych Polaków. Skrajnie surowe warunki, głód i choroby szybko zdziesiątkowały więźniów. Pierwsi pomarli Litwini. Barsegow postanowił uciec. Towarzyszyli mu Polak i Niemiec. Uciekali na wschód i na południe. Tą drogą chcieli przedostać się na Zachód. Rosjanie złapali ich na Uralu, niedaleko słynnego obelisku z napisem "Европа" z jednej i "Азия" z drugiej strony. Towarzyszy Barsegowa zastrzelono na miejscu. On sam ocalał, ranny z przestrzeloną łydką. Skatowany do nieprzytomności trafił na powrót do obozu za kołem polarnym, gdzie odbył się pokazowy proces zakończony wyrokiem dodatkowych 100 lat katorgi i zesłaniem na Kołymę. Szczęście w nieszczęściu, trafił do wyrębu lasu a nie do kopalni. Przeżył, ponieważ był nieprawdopodobnie silny fizycznie i psychicznie. Przyszło mu żyć ponad 6 lat z kryminalistami i bandytami w najgorszym miejscu jakie człowiek stworzył na Ziemi.

W 1953 roku umarł Stalin. Ogłoszono ograniczoną amnestię. Można było próbować starać się o zwolnienie i powrót do Polski. Po siedmiu latach matka Barsegowa dowiedziała się, że jej syn żyje. Nie ustawała w pisaniu podań w Polsce i słaniu dokumentów poświadczających polskie obywatelstwo syna do Moskwy. Więźniów politycznych z obozów faktycznie wypuszczono, ale z dożywotnim zakazem opuszczania Kołymy. Nie zapewniono im niczego - pracy, mieszkania, przyszłości. Żadnych względów. Żadnej pomocy. Szansą dla Barsegowa był fakt, że skazano go na zesłanie i katorgę jako obywatela radzieckiego, którym nigdy nie był. Mimo starań matki, spędził na Kołymie kolejne trzy lata, wegetując w skrajnej nędzy, bez stałej pracy i środków do życia. Zył z dnia na dzień podejmując się dorywczych prac. Raz był drwalem, innym razem budował zaprzęgi eskimoskie w jakimś pożal się Boże miejscowym Muzeum Etnograficznym... Któregoś dnia 1956 roku przyszło pismo z Moskwy, że można wracać do Polski. Dostał wyrwany z arkusza gruby kawał szarego papieru pakowego z napisanym chemicznym ołówkiem imieniem, nazwiskiem, imieniem ojca, datą urodzenia i adresem Naczelnego Urzędu Więziennictwa w Moskwie, gdzie miał się stawić. To był jedyny "dokument" jaki otrzymał. Wsadzony do pociągu jechał do Moskwy dwa tygodnie. W stanie skrajnego wygłodzenia dotarł do stolicy miłującego pokój imperium. Rosjanie wysłali go na trzy miesiące "na odżywienie" do jednego z obozów przejściowych. Tu miał jedzenia w bród. Tylko kaszę. Bez ograniczeń... Na pożegnanie otrzymał garnitur - rosyjski, granatowy tenis w białe prążki.

Wieńczysław Barsegow wrócił do Polski po dziesięciu latach doświadczywszy najgorszego co miał ludzkości do zaoferowania komunizm. Wydany został w ręce Rosjan przez rodaków, a może tylko ubeków - najgorszy typ zarazy służalczej wobec okupanta. Nie da się opisać tego co przeżył. Można jedynie zrozumieć, dlaczego czuł tak wielką potrzebę działania, zrobienia czegoś ciekawego, pożytecznego... Wrócił do Łodzi, do matki. W międzyczasie okazało się, że chorował na gruźlicę, ale choroba ustąpiła. Z medycznego punktu widzenia jest to możliwe w sytuacji, kiedy człowiek przebywa w skrajnie niskich temperaturach... W 1958 roku zmarła w Łodzi na serce Helena Pławińska. Wieńczysław Barsegow urzędowo zrezygnował z nazwiska ojca i przyjął nazwisko matki. Starał się zapomnieć o przeszłości, a nazwisko ojca z ową przeszłością kojarzyło mu się jednoznacznie. Śmierć matki oznaczała także brak jakichkolwiek środków do życia. Przez ostatnie dwa lata jej skromna emerytura musiała wystarczyć na dwoje. Pracy etatowej dla byłego więźnia Kołymy nie było. Formalnie wolny, był Pławiński nadal więźniem systemu. Mógł także zapomnieć o dokończeniu przerwanych wojną studiów artystycznych. Próbował nie raz. Bezskutecznie. Zamiast mieć indeks, był na indeksie.

Wieńczysław Barsegow-Pławiński, 1962 Wieńczysław Barsegow-Pławiński na planie filmu Krzyżacy w reż. Aleksandra Forda, 1960 Wieńczysław Barsegow-Pławiński na planie filmu Krzyżacy w reż. Aleksandra Forda, 1960 Wieńczysław Barsegow-Pławiński w scenie bitwy w filmie Krzyżacy w reż. Aleksandra Forda, 1960 Kaplica w Katedrze Polowej WP w Warszawie. Wystrój wnętrza i metaloplastyka kraty autorstwa Wieńczysława Barsegow-Pławińskiego, 1975 Kaplica w Katedrze Polowej WP w Warszawie. Wystrój wnętrza i metaloplastyka kraty autorstwa Wieńczysława Barsegow-Pławińskiego, 1975 Wieńczysław Barsegow-Pławiński, lata 70. XX w.

W 1958 roku podjął "pracę" na Wydziale Antropologii Uniwersytetu Łódzkiego u profesora Ireneusza Michalskiego. Tak zaczęła się kariera Pławińskiego jako rekonstruktora wyglądu twarzy na podstawie czaszki. Pracował za darmo, nieoficjalnie. Do 1962 roku. Chłonął wiedzę i rozwijał umiejętności, które wkrótce pozwoliły mu zostać jedynym w Polsce (i jednym z pierwszych na świecie) wysokiej klasy specjalistów w tej dziedzinie nauki. Nabyta u prof. Michalskiego wiedza i doświadczenie zaowocowały w przyszłości. W latach 60. i 70. XX wieku otrzymywał propozycje rekonstrukcji prawdopodobnego wyglądu twarzy na podstawie zachowanych czaszek przechowywanych przez różne muzea i instytucje. W 1964 roku szerokim echem w środowisku naukowym odbiło się zrekonstruowanie przez Pławińskiego twarzy dziewczynki sprzed 9 tysięcy lat (z mezolitu) na podstawie czaszki znalezionej w 1961 roku w spągu torfowiska na warszawskim Grochowie. Innym spektakularnym wydarzeniem naukowym było wykonanie w 1973 roku na zlecenie Muzeum Katedralnego w Płocku rekonstrukcji twarzy Bolesława Krzywoustego na podstawie czaszki wydobytej z królewskiego grobu. W efekcie Pławińskim zainteresowała się Komenda Główna MO, proponując mu dobrze płatną, etatową pracę w charakterze eksperta do spraw kryminalistyki. Odmówił.

Po powrocie z katorgi Pławiński nawiązał kontakt z Łódzkim Klubem Jeździeckim, gdzie pełnił m.in. funkcję instruktora. Tam znalazł go reżyser Aleksander Ford, zatrudniając jako dublera do roli Zawiszy Czarnego i Juranda ze Spychowa w filmie "Krzyżacy" z 1960 roku. Dublował w filmie sceny jeździeckie, walki a także brał udział w masowych scenach kawaleryjskich - zarówno jako rycerz wojsk polskich jak i ciężkozbrojny Krzyżak. Twarz Pławińskiego znana jest doskonale wszystkim pokoleniom Polaków - wszak to jego Ford sportretował w pamiętnej scenie pieśni bojowej rycerzy Kuno von Lichtensteina. O wypadki na planie filmowym nie było trudno. W scenie powrotu Juranda z wyprawy, w której wziął do niewoli de Lorche'a, dublujący Andrzeja Szalawskiego Pławiński wpadł z koniem do grzęzawiska. Efekt - złamane żebra i obojczyk. Urazów nie uniknęli także inni aktorzy - grający Skirwoiłłę Andrzej Konic połamał w filmie nogi.

W 1975 roku, dzięki serdecznej znajomości z Biskupem Polowym Wojska Polskiego, artysta otrzymał propozycję wykonania dekoracji lewej kaplicy w Katedrze Polowej przy ulicy Długiej w Warszawie. Pławiński wykonał tam malarstwo ścienne o tematyce memoratywnej, tablice i elementy metaloplastyczne (krzyże, liście dębowe) na kracie wejściowej do kaplicy. Dziś (poza kratą) nie ma śladu tej dekoracji. W 2003 roku kaplica (obecnie Matki Boskiej Ostrobramskiej) otrzymała nowy wystrój ceramiczny autorstwa Lecha i Piotra Grześkiewiczów.

Wieńczysław Barsegow-Pławiński zmarł w Warszawie w 1980 roku. Miał 64 lata. Chorował przez ostatnich dziewięć lat na głodową marskość wątroby - chorobę obozową. Był kawalerem orderu Virtuti Militari (nadanego mu przez Rząd Emigracyjny w Londynie). Odznaczono go również Krzyżem Walecznych, dwoma Krzyżami Zasługi i Krzyżem AK. Pochowany został na Cmentarzu Komunalnym (d. Wojskowym) na Powązkach (kwatera B32). Nagrobek zaprojektował Jakub Erol.

Foto i opracowanie 2011 © Paweł Giergoń
Foto archiwalne dzięki uprzejmości p. Marii Skrzyńskiej-Pławińskiej



redakcja|nota prawna
© 2003-2018 sztuka.net   Wszelkie prawa zastrzeżone.