WYSTAWY
KATOWICE - GALERIA SEKTOR I
Osobiste gabinety, zwykłe osobliwości. Nowe prace Andrzeja Urbanowicza
23.11.2006 - 30.12.2006

23.11.2006 - 30.12.2006
Prezentowany w galerii cykl prac katowickiego twórcy Andrzeja Urbanowicza, to przedmioty jakich tysiące, które "poustawiane" zostały w czarnych skrzyniach, tworząc imponujące, a jednocześnie przerażające kolekcje. Prace nasuwają skojarzenia z popularnymi w XV wieku "gabinetami osobliwości". Właściciele takich kolekcji tworzyli cykle rzeczy, ciekawostek z różnych dziedzin: sztuki, biologii, medycyny. Rzeczy, które były interesujące ze względów naukowych, ale także prywatnych danego kolekcjonera. To co w swoich skrzyniach ukrył Urbanowicz budzi naszą ciekawość, fascynację, ale także odrazę i zażenowanie. Jest to prywatne muzeum kierowane w doborze przedmiotów raczej impulsywnością, niż naukową systematyzacją. Niektóre z obiektów znajdujących się w skrzyniach przywodzą na myśl zainteresowania okultystyczno - artystycznej grupy Oneiron, której Urbanowicz był członkiem (świeczki, czaszki, szklane kule). Inne kojarzą się z codziennością (łyżki, gumowe zabawki, miednicę, grzebień), jeszcze inne z kultem chrześcijańskim (figurka maryjna). Za każdym razem są to tytułowe pamiętniki, opowiadające historie pełne zdarzeń i emocji. Skrzynie z zawartością przywołują czas przeszły - segregacja rzeczy w konkretny sposób przedłuża ich istnienie, a autorowi pozwala na dopełnianie pamiętnika swego życia. Dla zrozumienia sztuki Urbanowicza bardziej istotny jest związek z życiem i poszukiwanie zrozumienia istoty świata. Wydatnie zaznaczona jest wszelka biologiczność życia, w tym oczywiście człowieka. Prace w zbiorach: Muzeum Narodowe w Warszawie, Muzeum Narodowe w Poznaniu, Muzeum Śląskie w Katowicach, Muzeum Górnośląskie w Bytomiu, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze, BWA Katowice, Muzeum Historii Katowic, Muzeum Okręgowe w Koszalinie.



Sebastian Cichocki - "Osobiste gabinety, zwykłe osobliwości. Nowe prace Andrzeja Urbanowicza"

"Również ten przedmiot nie zawsze tu był, w przeszłości, zapewne też nie zawsze tu będzie, w przyszłości".
Samuel Beckett, "Watt"


Dla uważnego obserwatora ziemskich tajemnic, tutejszych spisków i cudów, wszystko wydaje się ze sobą splatać: każdy koniec zdaje się być nowym początkiem a bujne analogie kiełkują we wszystkich możliwych kierunkach. Jakby nie było żadnego zdarzenia czy przedmiotu oderwanego od gdzieś zapisanego znaczenia, które nosi każdy śmieć i najmniej znaczący okruch. Często pomstuje się na sztukę, że pochyla się nad gruzem, pławi w nicości, oblepia wydzielinami. Jednak tylko w ten sposób można badać właściwości przedmiotów, w których na przemian z warstwami kurzu odkłada się przeszłość i akumulują emocje. Wśród tych "nieożywionych" tajemnic poruszają się artyści - żonglując sensami, eksplorując ich fantasmagoryczne relacje i związki. W najnowszym cyklu katowickiego twórcy Andrzeja Urbanowicza tajemnicze, ale też i banalne przedmioty zostały wtłoczone w czarne skrzynie, tworząc imponujący i przerażający magazyn, rodem z sennych koszmarów, będący współczesnym wcieleniem XVIII-wiecznego Kunst und Wunderkammer. Zgromadzone przez artystę rzeczy budzą niezdrową ciekawość na równi z tkliwością, fascynacją i odrazą. Jest w nich powab staroświeckich kolekcji, których nie konstruowano według prawideł naukowej systematyzacji, lecz pod wpływem impulsu, w afekcie, instynktownym akcie kreowania symbolicznego prywatnego muzeum.

Gabinety osobliwości to popularne od XV wieku kolekcje złożone z dzieł sztuki, ciekawostek z różnych dziedzin, wypchanych zwierząt, relikwi, instrumentów astronomicznych, medykamentów etc., czyli z tego wszystkiego, co mogło mieć naukowe, ale i alchemiczno-spirytualistyczne znaczenie: od rogu jednorożca, meteorytów i fragmentów mumii po chirurgiczne noże, księgi heretyków i kopie starożytnych rzeźb. Ekwiwalentem naukowej systematyzacji były emocje pobudzane niecodziennymi, alogicznymi zestawieniami i ich metafizyczną otoczką. Andrzej Urbanowicz wypełnił swoje czarne skrzynki na podobieństwo wnętrz dawnych chambres de merveilles. Zgromadzone tam kurioza - prezentowane w wyodrębnionych zestawach - przestają zdradzać swe pierwotne funkcje, ich faktycznych zastosowań możemy jedynie się domyślać, pomimo iż przedmioty te pochodzą jak najbardziej z ziemskiego, prozaicznego inwentarza. Mimo że Urbanowicz rozgrywa swe metaforyczne roszady obiektami o pozornie banalnej proweniencji, to jest to gra przewrotna, a jej efekty bywają całkowicie nieprzewidywalne. Zupełnie jak postulowane przez surrealistów przypadkowe spotkanie maszyny do szycia z parasolem na stole operacyjnym. Obiekty zebrane przez artystę są nośnikami tajemnic, niektóre z nich kojarzyć się mogą z alchemicznymi recepturami (a tym samym z zainteresowaniami okultystyczno-twórczej grupy Oneiron, której jednym z filarów był Urbanowicz), mamy tu wysuszone skóry płazów, świeczki, szklane kule, czaszki, muchomory, fragment "kwadratu magicznego". Inne z kolei przywołują na myśl obrazy chrześcijańskiego kultu, tak jak figurka maryjna czy miniaturowa monstrancja. Nie sposób pominąć faktu, iż przede wszystkim mamy do czynienia z repertorium codzienności: w skrzynkach znajdziemy łyżki, fiolki na lekarstwa, tabliczki ostrzegawcze, wielkanocnego zająca z czekolady, miednicę, gumową zabawkę, grzebień. Żaden z tych przedmiotów nie jest uprzywilejowany, każdy traci swą hieratyczną poświatę na rzecz ujęcia kolekcjonerskiego. W takim sensie, w jakim destrukcja tradycji uwolniła Waltera Benjamina "od konieczności dokonywania dzieła zniszczenia i wystarczyło już tylko, by pochylił się i wybrał cenne odłamki ze sterty gruzu". Śledząc te przedziwne zestawienia, magiczne analogie, czułe bluźnierstwa stopniowo odkrywamy jak z wielkim impetem to, co prozaiczne zderza się z duchowym i nieziemskim. Wyobraźnia podsuwa swoje własne rozwiązania i klucze. Półmrok zaciera ślady rozsądku. W przypadkowych zaciekach na starej miednicy można dostrzec bez trudu kształt węża Uroborosa (będącego znakiem alchemicznym i gnostyckim), który pożera swój ogon. W dachówce znalezionej nieopodal kościoła wydaje się odbijać ikoniczny wizerunek brodatego Chrystusa. Jeśli coś wiąże religię i sztukę współczesną, to legitymująca je, nie poparta dowodami wiara. Należy po prostu zaufać temu co niedotykalne i niezauważalne. Wykazać dobrą wolę w patrzeniu i spostrzeganiu, nawet jeżeli naszych oczu nie atakują od razu nadprzyrodzone zjawiska.

Nowe dzieła Urbanowicza, będące niewątpliwe kontynuacją jego zainteresowań duchowych i magicznych, możemy także potraktować jako ukłon w stronę krytycznej refleksji na temat praktyki muzealnej XX i XXI wieku. W jego tajemniczych czarnych skrzynkach materializuje się towarzysząca poszukiwaniom artystów potrzeba zmieszczenia wszystkiego w małym, podręcznym muzeum (należałoby wspomnieć o dziełach Jeana Dubuffeta, Marka Diona, Edwarda Kienholza, a przede wszystkim o asamblażach Josepha Cornella). Ostatnimi laty wizja ta manifestuje się m.in. w przeróżnych prototypach mobilnych galerii, fikcyjnych muzeów czy ich wirtualnych reprezentacji. Wszystkie te współczesne gabinety osobliwości, których źródeł doszukać się można w koncepcie "Boîte-en-Valise" Marcela Duchampa (pragnącego posiadać "pudełko, w którym bym zgromadził i rozmieścił moje prace jak w małym muzeum") stawiają na piedestale obiekty nasączone tajemnicami, pochodzące z różnych światów i niekoniecznie wyciągnięte z szafy opatrzonej tabliczką "sztuka". Należy w tym miejscu wspomnieć o dziele Marcela Broodthaersa, który otworzył w 1968 roku swe Museé d'art Moderne, instalację, która składała się wyłącznie ze skrzyń przeznaczonych do transportu dzieł sztuki, sprzętu do montażu obrazów i kilkudziesięciu pocztówek z reprodukcjami prac z XIX wieku. Jego osobliwość była jednocześnie wyzwaniem rzuconym muzealnemu bałwochwalstwu, jak i hołdem wobec codzienności i jej prawa do własnego zbioru eksponatów. To także dziedzictwo wizualnego rozpasania Kunst und Wunderkammer ze wcześniejszych stuleci. Jak podkreślają tacy badacze jak Stephen Bann, to właśnie gabinet osobliwości antycypował powstanie muzeum sztuki współczesnej. Granice między dziełem sztuki a "osobliwością" są płynne, w ten sposób życie codzienne w swych najbardziej dziwacznych lub przeciwnie bardzo zwyczajnych manifestacjach wdziera się w sferę podziwu, spektaklu, celebracji (wspomnijmy chociażby fenomen ready mades i jego wpływ na rozszerzenie pola sztuki). O najnowszych pracach Urbanowicza można także myśleć jako o małych muzeach: to swego rodzaju dioramy, gdzie rekonstruuje się utarczki i batalie czasu z materią nieożywioną, gdzie pojawia się miejsce dla upiornej mise en scene, rozgrywającej się wśród domowych dekoracji. Tak jak o muzeum mówi się, że ma ono moc "utrzymywania przy życiu" dzieł sztuki, tak czarne skrzynki Urbanowicza zapewniają "życie po życiu" banalnym przedmiotom, których ostatecznym przeznaczeniem jest najczęściej zapomniana rupieciarnia. Artysta przyznaje: "Nic to, że choć co jakiś czas przeciw rzeczom i znaleziskom buntuję się, znienacka doprowadzam do masakry albo sam odchodzę, one pokornie w jakichś nieprawdopodobnych ilościach do mnie napływają, osaczają". Sam Urbanowicz nazywa swoje obiekty "pamiętnikami" i jest to z pewnością klucz do zaakceptowania ich nadmiaru pełnego dramatycznych zderzeń i napięć. Kryją one w sobie całą namacalność czasu przeszłego, tego wczoraj, które przyssało się do skorup, rozbitych płyt nagrobnych, pyłu odkładającego się pośród ruin. W geście pochylania się nad panoptykalnym zbiorem Urbanowicz dostrzega także możliwość zaklinania czasu. To pamiętniki, a więc wehikuł do hibernowania w pamięci rzeczy nie tylko tych wielkich, ale może głównie tych z pozoru błahych, skazanych na erozję, tych, na których tak naprawdę krystalizuje się celebrowane doświadczenie przeszłości. Artysta wyznaje: "Przybywając do mnie zyskują życie wieczne, o kilka wieków dłuższe od im pisanego. To niewątpliwie symbioza, one zyskują nieśmiertelność (do pewnego stopnia przynajmniej) a ja nowe litery, ideogramy w pamiętniku, który piszę".

Obrastamy w przedmioty, które z czasem zaczynają piętrzyć się na strychach, w szafach i komórkach stając się namacalnym dowodem jakiegoś końca, obumierania, to świadkowie utraty kontroli nad czasem, naszych codziennych katastrof, potykania się o Niemożliwe. Owe przedmioty - absurdalne dowody na istnienie dnia wczorajszego - są rzeczywiste, ale ich esencja, żywotność przecieka nam między palcami. Wpisana jest w nie strata, ponieważ są to zbiory należące do świata którego już nie ma. Obiekty, które Urbanowicz zgromadził w czarnych skrzyniach, czy też idąc tropem muzealnym - w szufladach, zostały uśmiercone, przyszpilone w gablotach na podobieństwo jakichś monstrualnych prehistorycznych owadów. Od tej chwili mogą się jedynie piętrzyć, obrastać kurzem i pajęczyną, znacząc już nie tak wiele. To zmaterializowane szczątki czasu, drobiny stające w gardle i wywołujące sentymentalne wzruszenie. Lecz ich zwyczajność, powszedniość jest bolesna - gdyż zostały odarte ze swej aury, nawet nie umuzealnione, lecz pospolicie zmagazynowane. W muzeum Andrzeja Urbanowicza światła są zgaszone, przedmioty pozbawione swego domniemanego splendoru z dawnych czasów. Kształt i kolor tych obiektów przywołuje na myśl "czarne skrzynki", które pozwalają na zrekonstruowanie przyczyn tragedii lotniczych. Zapisem jakich katastrof są rebusy z przedmiotów zebranych w atelier artysty. Jaką siłę uwolnią nagromadzone tam paradoksy? Jaką historię opowiadają te zagadkowe współczesne "wykopaliska"? Otóż należy dostrzec w nich świadectwa klęsk najmniejszych, niechętnie ujawnianych, spychanych w kąt, zapis tych wszystkich powszechnych, małych katastrof pamięci, zaniedbań wynikających z nadmiaru możliwości, a jednocześnie z trudności z opisaniem świata za pomocą języka. Wtedy pojawia się pokusa archiwizowania, nadawania numerów, tytułowania, przymocowania muzealnych tabliczek. Proces zapominania i wypierania przeszłości skonfrontowany zostaje u Urbanowicza z rytuałami zapisywania zdarzeń w formie zaszyfrowanych komunikatów. Owe, jak je nazywa artysta "pudła z rupieciami" to przecież rodzaj bardzo osobistej, skrupulatnie przeprowadzonej inwentaryzacji. Porządkowanie zgromadzonych przez lata obiektów, i to tych odstawionych raczej na tor boczny niż budzących łapczywe pożądanie, osłabionych świadectw wędrówek ludzkich potrzeb i emocji, odczytać można jako wymowny oczyszczający rytuał. Przedmiot zyskuje swoje miejsce w hierarchii, nadaje się mu status, włącza w większą strukturę. Choćby owe milczące relacje były z góry skazane na śmierć i rozpad, to bez wątpienia tlący się w nich duch wciąż przyprawia nas o dreszcze. Funeralny wygląd skrzynek, które tworzy Urbanowicz ma swe uzasadnienie - oto horror dnia powszedniego splata się z niemocą woli, ludzką słabością, która każe otaczać się przedmiotami. Bywa, że przez te skłębienia i napiętrzenie rzeczy nierzeczy przedziera się wątły uśmiech. Co prawda jest to grymas dość ironiczny, ale groteskowa natura starości i pożegnania jest bezsporna. Poradzić sobie z niemymi świadkami amnezji, zamykając ich w skrzyniach i grzebiąc tym samym, to tak jak opisać swoją przeszłość za pomocą alegorycznych rebusów, bez używania liter. Urbanowicz stworzył prywatne teatrum mundi na własnym poddaszu, z dala od wścibskich spojrzeń. Jak gdyby wypełnione niepotrzebnymi przedmiotami skrzynie, szafy i szuflady, nazywane przezeń szczelinami czasu, szeptały do ludzkich uszu: to co posiadasz świadczy o tym, jak wiele jeszcze znaczysz dla świata żywych.

październik, 2006

Galeria Sektor 1. Górnośląskie Centrum Kultury. pl. Sejmu Śląskiego 2, 40-032 Katowice
Kontakt: www.gck.org.pl


Wystawy aktualne | Archiwum wystaw 2003-2012

redakcja|nota prawna
© 2003-2018 sztuka.net   Wszelkie prawa zastrzeżone.