HISTORIA SZTUKI
ANDRZEJ KOŁODZIEJEK
Paweł Giergoń    01-01-2008

Urodził się 24 grudnia 1935 roku we Włodawie. Jego rodzice - Piotr Kołodziejek i Emma z Krupczaków byli nauczycielami w miejscowej szkole powszechnej. Oprócz syna Andrzeja, wychowywali jeszcze starszą o rok córkę Annę. Wspomnienia z dzieciństwa wiążą się nierozerwalnie z wojną i okupacją. Kiedy Niemcy aresztowali najpierw ojca, a potem matkę, dzieci trafiły do rodziny, u której przebywały aż do końca wojny i powrotu rodziców z Rzeszy. Po ukończeniu szkoły powszechnej w 1948 roku Andrzej Kołodziejek został uczniem Liceum Przemysłu Chemicznego w Lublinie. Zrobił to z wielką niechęcią, ponieważ bardzo chciał do "plastyka", gdzie mógłby rozwijać swoje uzdolnienia malarskie. Niestety ojciec sprzeciwił się temu wybierając dlań zawód inżyniera. Trzy lata uczęszczał więc młody człowiek do "niechcianej" szkoły często opuszczając zajęcia lekcyjne. W końcu zbuntował się i oświadczył, że do szkoły tej już nie wróci. Nie posłuchał rady, że gdy zostanie inżynierem będzie mieć każdą wolną niedzielę, a wtedy malować będzie mógł, ile tylko dusza zapragnie. Postawił na swoim, a rodzice wyrazili zgodę na zmianę szkoły. Został więc uczniem Liceum Plastycznego w Lublinie, od razu w trzeciej klasie, ponieważ uwzględniono mu dwa lata w "chemiku". Będąc uczniem wymarzonej szkoły dwukrotnie odwiedzał Kazimierz Dolny nad Wisłą. Miało to miejsce podczas letnich plenerów malarskich - raz w 1952 roku pod czujnym okiem Władysława Filipiaka, a rok później pod opieką Jarosława Łukawskiego. W 1954 ukończył liceum plastyczne przedstawiając jako pracę maturalną wielo-postaciową kompozycję figuratywną "Przy pracy". W tym samym roku dostał się na ASP w Krakowie. Początkowo uczęszczał do pracowni Jerzego Fedkowicza, potem przeniósł się do pracowni profesora Taranczewskiego - świetnego malarza, który jak poprzedni był jednym z twórców polskiego koloryzmu.

W 1955 roku ożenił się z Kazimierą Pietras i po raz pierwszy został ojcem. Ze względów rodzinnych zamienił krakowską uczelnię na warszawską ASP, gdzie zapisał się do pracowni profesora Stanisława Szczepańskiego - niegdyś członka grupy Kapistów. Studia przypadły na czas wielu zmian w sztuce i kulturze polskiej. W literaturze pojawiły się nowe nazwiska. Ernest Bryl, Stanisław Grochowiak, Marek Hłasko - to tylko nieliczni z nowych pisarzy. Około roku 1955 debiutowali także malarze tacy jak: Zdzisław Beksiński, Tadeusz Dominik, Jan Lebenstein, Zbigniew Makowski, Jacek Sempoliński czy też Jacek Sienicki. Dojrzało kolejne pokolenie twórców, które skierowało sztukę na nowe tory. W lipcu 1955 roku odbyła się w Arsenale Ogólnopolska Wystawa Młodej Plastyki "Przeciw wojnie, przeciw faszyzmowi", która była swoistym manifestem sztuki zaangażowanej. Stała się ona dla wielu twórców bodźcem do szukania nowych form wypowiedzi i próby określenia siebie w dobie przemian zachodzących nie tylko w literaturze i sztuce polskiej ale całej kulturze europejskiej. Nowości mieszały się z tradycją, która była szczególnie pielęgnowana w akademikach plastycznych, gdzie nauczali wybitni twórcy i pedagodzy, członkowie grupy KP. Dla nich przede wszystkim liczył się proces kreowania dzieła, zmagania z materią, sam akt twórczy - czyli po prostu malowanie. Kładli oni szczególny nacisk na warsztat malarski i uwrażliwienie kolorystyczne. I tego uczyli swoich podopiecznych. Jednym z nich był Andrzej Kołodziejek, który w czerwcu 1956 roku, wraz z grupą plastyków Dekada, dwukrotnie prezentował swoje prace na Starym Mieście w Warszawie. Początek trzeciego roku studiów związany był z dokonaniem wyboru głównej specjalizacji. Młody artysta wybrał malarstwo i zapisał się do pracowni profesora Artura Nachta-Samborskiego, która wówczas cieszyła się największą renomą: "Dostać się do pracowni było jakąś nobilitacją a profesor był dosyć bezwzględny wobec osób, które go nie interesowały. Po prostu pytał po jakimś czasie, co pan robi na moim kursie? (...). No i to było jednoznaczne, że trzeba było tą pracownię na drugi dzień zmienić". Nacht-Samborski był wielką osobowością mającą niewątpliwie duży wpływ na swoich studentów. Miał ogromną wiedzę -wiele podróżował, jednakże nigdy nic nie napisał i nie opublikował. Był artystą, który wypowiadał się poprzez swoje malarstwo. Słowo było już zbędne.

Również w ogóle nie wystawiał swoich obrazów. "Bywało, że w Desie na Koszykowej ukazał się obraz Nachta-Samborskiego i wtedy biegliśmy go zobaczyć" - tak wspominał swojego profesora artysta. W 1959 roku odwiedził pracownię Nachta-Samborskiego malarz i wybitny krytyk, piszący do "Współczesności" Jerzy Stajuda. Obejrzał obrazy młodych adeptów sztuki i szczególną uwagę zwrócił na malarstwo Andrzeja Kołodziejka. Określił je wówczas jako bardzo samodzielne. Było to pierwsze słowo pisane, jakie ukazało się w prasie na temat jego malarstwa. W 1957 roku Kołodziejek ponownie został ojcem. Podczas roku akademickiego pracował na utrzymanie rodziny m.in. był współrealizatorem polichromii: w latach 1958-1959 w kościele w Tyliczu pod Krynicą oraz w 1959 roku w kaplicy żałobnej w kościele we Włochach pod Warszawą. Obie polichromie istnieją do dnia dzisiejszego. 8 czerwca 1960 roku przedstawił swojemu profesorowi Arturowi Nacht-Samborskiemu cztery obrazy: "Martwą naturę we wnętrzu" (jest dziś w Muzeum Lubelskim), "Akt kobiecy w pracowni" oraz dwa pejzaże. Otrzymał za nie dyplom z wyróżnieniem. Po tym fakcie powrócił do rodziny do Lublina. 24.XI. 1960 roku został przyjęty do ZPAP Okręgu Lubelskiego i od tego czasu brał czynny udział w jego wielu wystawach grupowych. W tym okresie swej twórczości artysta kształtował malarską rzeczywistość przedstawiając ją w daleko posuniętej syntezie. Jednakże przez cały czas czerpał z natury obserwując ją i analizując. Pracował również nad zestrojeniem światła i koloru na płaszczyźnie. Bardzo pewnie i trafnie kładł uproszczone lamy barwne konstruując uporządkowane i spójne kompozycje. "Płótna te mały zwartą konstrukcję opartą głównie o osie pionowe i poziome, oraz o rytm. Kolorystyka ich była zazwyczaj ciemna, głównie oparta na brązach, ugrach i szarościach". W latach 1962-63 artysta namalował serię obrazów, które przedstawiały kompozycje z książek. Zatytułował je kolejno: "Książki I,II,III" itd., bądź "Kompozycje I,II,III" itd. Nie były to jednak cykle, jakby się mogło zdawać, choć wszystkie obrazy łączył wspólny element - książki. Każde płótno było raczej odrębnym doświadczeniem, stanowiło rodzaj poszukiwania coraz to nowych rozwiązań w zakresie problemu koloru i światła. W 1962 roku Andrzej Kołodziejek zaprojektował plakat Wystawy Wiosennej ZPAP, której organizatorem było lubelskie BWA, a rok później otrzymał członkostwo zwyczajne ZPAP. Również w 1963 roku wziął udział w wiosennej wystawie okręgowej "Dni Lublina". Po tym wydarzeniu w prasie ukazał się artykuł Jerzego Ludwińskiego, który wśród prac wielu artystów zauważył właśnie malarstwo Andrzeja Kołodziejka. Krytyk krótko zanalizował prezentowane przezeń prace i wystawił im bardzo pozytywną "ocenę". W tym czasie, w lipcu, artysta pokusił się o pierwszą wystawę indywidualną u Lublinie, w Studium Nauczycielskim im. Andrzeja Struga, na której pokazał 9 swoich prac. W sierpniu wystawiał ponownie w Domu Kultury w Lublinie. Również w 1963 roku wziął udział w Ogólnopolskiej Wystawie Plastyki w Radomiu, a w 1964 otrzymał pracownię plastyczną w Lublinie przy ul. Róży Luksemburg 36 m.25. W czerwcu tego samego roku został powołany na członka prezydium zarządu ZPAP w Lublinie. W tym samym czasie brał udział w tak ważnym wydarzeniu artystycznym jakim był II Festiwal Polskiego Malarstwa Współczesnego w Szczecinie. Na przełomie 1964 i 1965 roku wykonał malowidło ścienne w czytelni klubu MPiK w Lublinie. Nad projektami tego wnętrza pracował wówczas wspólnie z Jerzym Durakiewiczem. W 1965 roku przyszło na świat jego trzecie dziecko. W tym samym roku brał udział w II Wystawie 4 Województw Białystok - Kielce - Lublin - Rzeszów oraz w 3 Ogólnopolskiej Wystawie Malarstwa i Grafiki w Bielsku-Białej. Do tej drugiej zaprojektował również katalog.

Na przełomie 1965 i 1966 roku w lubelskim BWA odbyła się retrospektywna wystawa malarska Kołodziejka z lat 1969-1966. Autor zaprezentował na niej 40 obrazów. Wstęp do katalogu wystawy napisał Jerzy Ludwiński, który przede wszystkim zwrócił uwagę na zainteresowanie artysty problemem światła i na szczególną rolę jaką odgrywa ono w akcie tworzenia. ?Świetlne negatywy form" - tak określił malarskie struktury z obrazów artysty. Stwierdził również, że to zagłębianie się artysty w zagadnienie światła sprawia, iż jego twórczość jest bardzo charakterystyczna i szczególna. Po tej wystawie w "Kurierze Lubelskim" ukazał się artykuł pióra Ireneusza J. Kamińskiego dotyczący twórczości Andrzeja Kołodziejka. Kamiński stwierdził w nim, że artysta w swoich uporządkowanych i syntetycznych kompozycjach ukazuje wzajemne oddziaływanie i współistnienie przestrzeni, światła i koloru. Największą jednak i coraz bardziej znaczącą rolę odgrywa w obrazach światło wspomagane działaniem koloru, który przestał być wartością autonomiczną i stał się "nośnikiem porcji światła". W 1966 roku artysta uczestniczył w III Festiwalu Polskiego Malarstwa Współczesnego w Szczecinie oraz w I Sympozjum Artystów Plastyków Naukowców w Puławach. Tematem tego drugiego spotkania była - jak to określił jeden z inicjatorów tej akcji Ryszard Stanisławski - "sztuka w zmieniającym się świecie". Chodziło tutaj o postęp, jaki uczyniła nauka i technika oraz gwałtowne zmiany zachodzące z tego typu powodu w otaczającej rzeczywistości. Celem tego spotkania było określenie wpływu tej sytuacji na sztukę i problemów nurtujących współczesnych twórców. Mecenasem oraz protektorem tego przedsięwzięcia zostały puławskie "Azoty". W wystawie i sympozjum wzięto udział wielu twórców, którzy prezentowali często skrajnie odmienne różnorodne postawy artystyczne. Jeśli chodzi o Andrzeja Kołodziejka to zaprezentował on pracę bardzo odbiegającą od tego, co zrobił dotychczas, Mianowicie sięgnął po nowy środek wyrazu, po nowe tworzywo - blachę aluminiową. Posługując się techniką opalania uzyskał kontrast jasnych i ciemnych, świetlistych i matowych płaszczyzn oraz subtelne, tonowane przejścia między ni. Najważniejsza była jednak forma - zainteresowanie kołem. Wynikało to inspiracji orfizmem a przede wszystkim malarstwem Delaunay'a z lat 1930-35. Eksperyment ten głęboko odbił się na twórczości Kołodziejka w latach następnych. Artysta zaczął tworzyć kompozycje z przenikających się okręgów i ten sposób powstało kilka dyptyków oraz tryptyk. Jedna z tych prac została zaprezentowana na Ogólnopolskiej Wystawie Malarstwa "Eksperyment 66" w Lublinie. gdzie uhonorowano ją nagrodą - Kompozycja 1966. W 1966 roku artysta przyłączył się do powstającej właśnie "Grupy Lubelskiej" i tworzył obok takich nazwisk jak: Jerzy Durakiewicz, Mieczysław Herman, Andrzej Jedliczka, Krzysztof Kurzątkowski, Ryszard Lis, Adam Styka i Jan Ziemski. Przez dwa lata "Grupa Lubelska" wystawiała swoje prace w Galerii "Labirynt" na Starym Mieście w Lublinie, która była zresztą prowadzona przez Andrzeja Kołodziejka. W 1966 roku zmarła żona artysty. Rok później Andrzej Kołodziejek realizował malarstwo ścienne w czytelni głównej oraz holu Biblioteki Głównej UMCS w Lublinie. Również w 1967 otrzymał corocznie przyznawaną Nagrodę Miasta Lublina w dziedzinie plastyki. W 1968 roku ponownie przygotowywał Ogólnopolską Wystawę Plastyki "Przeciw Wojnie", Lublin Majdanek 1969, a w 1971 brał udział w VII Ogólnopolskim Plenerze Malarskim w Białowieży oraz w Wystawie Dziewięciu Malarzy Lubelskich w Debreczynie na Węgrzech. Dwa lata później przebywał tam na miesięcznym stypendium malarskim. Na przełomie 1972 i 1973 roku wziął udział w Ogólnopolskiej Wystawie Malarstwa Kopernik-Kosmos w Toruniu, a w 1973 roku w II Ogólnopolskich Targach Polskiej Plastyki Współczesnej, Okręg Lubelski w Warszawie. W 1974 ponownie wyjechał na Węgry, aby uczestniczyć w międzynarodowym plenerze malarskim, na którym zdobył pierwszą nagrodę. W tym samym roku powierzono mu prezesurę ZPAP Okręgu Lubelskiego. Funkcja ta pochłonęła go całkowicie, i zawładnęła jego życiem. Malował wówczas niewiele, przez dwa lata nawet wcale. Zwrócił się raczej ku rysowaniu. Za narzędzie posłużyły mu ołówek i sangwina, a swoje prace tytułował "Figury". W 1975 roku uczestniczył w VII Ogólnopolskiej Wystawie Malarstwa "Złote Grono" w Zielonej Górze oraz w V Ogólnopolskiej Wystawie "Przeciw Wojnie" Lublin Majdanek, na której otrzymał nagrodę. Rok później odbyła się w Wystawa Okręgowa 40-lecia ZPAP w Lublinie. Z tej okazji wydano katalog opatrzony wstępem Ireneusza J. Kamińskiego. Autor opisując środowisko artystyczne w Lublinie kilkakrotnie wymienił nazwisko Kołodziejka, m.in. wspomniał jego dokonania związane z projektami architektury wnętrz i malarstwa ściennego w Lublinie. W połowie lat 70-tych nastąpił wielki przełom w twórczości artysty. Po wielu latach uprawiania abstrakcji zwrócił się nagle ku malarstwu w konwencji realistycznej. Zaczął malować obrazy czytelne, jednakże niepopadające w dosłowność, wyraziste treściowo, ale pozwalające odbiorcy "zaczerpnąć oddech". Zmiana formy wyrazu spowodowana była pewnym znużeniem, i jak określił sam artysta, wyeksploatowaniem się twórczo w realizacji dotychczasowych założeń. Sprawił to zawrotny pęd sztuki ku wszystkiemu, co awangardowe. Przeżywał pewien kryzys, potęgowany nieomal obowiązującymi w tamtym czasie i wymuszanymi przez krytykę tendencjami w sztuce, a więc happeningami, konceptualizmem i wszystkimi jego pochodnymi. Artysta zapragnął więc pewnego dystansu, by móc się ponownie określić i odnaleźć istotę rzeczy. Dlatego też powrócił do tradycji. "Pomyślałem, że skoro kilka tysiącleci człowiek zadawalał się sztuką przedstawieniową, to mimo przeciwnych wiatrów drugiej połowy XX wieku, można by to jeszcze pociągnąć. Przeszedłem więc na pozycję outsidera". Powrót do źródeł pociągnął za sobą życiowe zmiany. W roku 1976 artysta realizował polichromie w technice sgrafitta na elewacji kamieniczki nr 6 na rynku w Lublinie. W latach następnych prowadził pracownię malarską w Instytucie Wychowania Artystycznego UMCS w Lublinie. W 1978 roku wziął udział w Wystawie Malarstwa i Exlibrisu zorganizowanej przez Towarzystwo Austriacko-Polskie w Wiedniu oraz plenerze malarskim w Szkopanu w NRD. W 1979 roku ożenił się z Izabelą Paciorowską. W tym samym roku miały miejsce jego dwie indywidualne wystawy - w Puławach oraz w Lublinie. Niewątpliwie była to chwila przełomowa, ponieważ od tego czasu zaczął bardzo dużo malować i często wystawiać.

W 1980 roku wziął udział w Wystawie Malarstwa Polskiego "Przeciw Wojnie" w Wołgogradzie, a w 1983 roku zorganizował kolejną wystawę indywidualną, tym razem w stolicy, w galerii "Plac Zamkowy". Po tym wydarzeniu Edmund Grzybowski - wielki miłośnik malarstwa Kołodziejka napisał artykuł szeroko omawiający jego twórczość. Przypomniał w nim dokonania artysty na polu abstrakcji i zwrócił uwagę na znakomicie opanowany warsztat. Opisując malarstwo, podobnie jak wielu innych krytyków, podkreślił siłę działania koloru mówiąc: "Twórczości Kołodziejka nie można zakwalifikować do koloryzmu, ale synteza koloru gra w niej dużą rolę, dążeniem artysty jest naturalny układ kolorów i ściszony ton, dzięki temu osiąga równowagę w akcentach malarskich i eliminuje agresywność". Swoją opinię potwierdził raz jeszcze we wstępie katalogu dotyczącym kolejnej wystawy artysty. W 1984 roku Andrzej Kołodziejek postanowił definitywnie rozstać się z wielkim miastem - Lublinem i przeprowadzić wraz z żoną na wieś w okolice Kazimierza nad Wisłą. Nie było to jednak nic zaskakującego, przynajmniej dla artysty, bowiem ten cichy związek z Kazimierzem trwał już od wielu lat. Od czasów szkoły licealnej w Kazimierzu malarz bywał niemal co roku. Przyciągała go uroda i niezwykłość okolicy. "Fenomen tego miejsca, oraz tradycje malarskie, z którymi chciałem konfrontować moje malowanie, były decydujące". Również wprowadzenie stanu wojennego w Polsce umocniło w nim podjętą decyzję.

W roku następnym wystawiał dwukrotnie: w Pałacu Małachowskich w Nałęczowie oraz w warszawskiej Desie. Kilka miesięcy później ukazał się w prasie artykuł pióra Waldemara Kiwilszo przekazujący jego wrażenia z wystawy w stolicy. Autor całkowicie oczarowany pejzażami Kołodziejka nie szczędził pochwał i uznania dla artysty. "W każdym pejzażu Kołodziejka, w samej ich materii malarskiej wyczuwa się to sensualistyczne, zmysłowe chłonięcie natury, jego przeżycie emocjonalne, utrzymane wszakże w wielce wysublimowanych rejestrach, jakby sam malarz był zauroczony otwierającym się przed nim żywym pięknem". Kiwilszo przyznał również, że nie zna piękniejszych pejzaży malowanych z okolic Kazimierza. Przy samym zaś końcu artykułu nie omieszkał poinformować, że ceny obrazów były bardzo przystępne, i że kilkadziesiąt z nich zostało rozkupionych w parę dni, a kilka nawet wyjechało za granicę. Późnym latem 1987 roku Andrzej Kołodziejek ponownie zorganizował wystawę, tym razem retrospektywną z lat 1960-1987, którą gościło Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Wstęp do katalogu wystawy napisał Waldemar Odorowski. Uznał, iż siła Kołodziejka polega na perfekcyjnym opanowaniu warsztatu oraz wielkiej wrażliwości i umiejętności postrzegania istoty rzeczy. Obrazy Kołodziejka ukazują rzeczywistość w sposób czytelny, lecz nigdy nie popadają w dosłowność, oddziaływują jednolicie, ale nie jednokierunkowo, to znaczy wciągając w swój świat (nastrój, klimat) w sposób stanowczy i całkowity nie narzucając zarazem natrętnych skojarzeń przedmiotowych czy sytuacyjnych". Podkreślił również lekkość i pewność malowania, wysmakowany kolor oraz subtelne budowanie nastroju. Zwrócił także uwagę na pozornie łatwy akt twórczy, na zmaganie artysty z materią. Przypomniał poza tym jego dorobek z lat 60-tych zaznaczając, iż był on zaliczany do najciekawszych zjawisk w abstrakcyjnym nurcie malarstwa polskiego tego czasu. Pisząc o powrocie Kołodziejka do sztuki realistycznej przytoczył słowa Tadeusza Pruszkowskiego, który mawiał, że "malarstwo nie jest nowoczesne czy przestarzałe, modne lub nie modne, malarstwo może być albo dobre albo złe".

W tym samym roku artysta wykonał malowidło ścienne na suficie messy statku m/s Lublin II a w roku następnym wziął udział w plenerze malarskim w Bautzen w NRD, oraz w wystawie "Malarstwo, Grafika, Rysunek w zbiorach Józefa Miłosza " zorganizowanej w Kazimierzu Dolnym. W 1989 roku wystawiał swoje prace w Lipsku, a w roku następnym przebywał na dwumiesięcznym plenerze w Lizbonie, którego ukoronowaniem stała się wystawa indywidualna w Galerii Narodowej Sztuk Pięknych, na której zaprezentował 37 obrazów, także z Kazimierza i okolic. Rok później pokusił się o kolejną wystawę w Portugalii, tym razem w Cascais. W tym samym roku malarz wziął udział w Wystawie Prac Artystów Polskich "Dar Narodowy" w Nowym Jorku, która zakończyła się aukcją zorganizowaną przez Konsulat Generalny Rzeczypospolitej Polskiej. W roku 1992 artysta dość często prezentował publicznie swoje obrazy, m.in. w Niemczech, ale także zorganizował dwie wystawy indywidualne w lubelskich galeriach. Również tego samego roku, w listopadzie, program II Polskiego Radia wyemitował wywiad, jaki przeprowadziła z artystą Ewa zadka. Kołodziejek opowiedział w nim o swoim związku z Kazimierzem. Swój pobyt w tym miejscu wyjaśnił własnym wyborem i zrządzeniem losu. Mówił także o procesie powstawania obrazu, o tym, że najpierw musi zaistnieć kontakt pomiędzy nim a naturą, potem dochodzą do głosu emocje i rozpoczyna się praca, czasami chaotyczna i wrażeniowa, a dopiero potem w pracowni następuje korekta kolorystyczna, poszukiwanie harmonii i spójności pomiędzy kolorem i światłem. Dwa lata później artysta ponownie wystawiał w Lublinie w Galerii Nova, a 5 w Kazimierzu Dolnym w Galerii Brama. Oprócz tego, szukając odmiany i nowych inspiracji, realizował się twórczo podczas swojego pobytu najpierw we Włoszech a potem w Hiszpanii. Na początku 1996 roku artysta przeszedł na rentę. Jednakże nie zaniechał pracy twórczej i nadal uczestniczył w życiu artystycznym, np. został zaproszony i udziału w wystawie "Pejzaż Polski", która odbyła się w Konsulacie Polskim w Waszyngtonie czy też w wystawie "Spojrzenia" z okazji 680 Rocznicy Nadania Praw Miejskich Lublinowi. W 1998 roku artysta miał dwie wystawy: zbiorową w Galerii Canaletta w Warszawie, oraz indywidualną w Galerii ZPAP "Pod podłogą" w Lublinie. Prezentował tam swoje pejzaże, także te z Wenecji, martwe natury oraz bukiety kwiatów, które maluje rzadko, ale sprawia mu to ogromną przyjemność. Opinie na temat wystawy znalazły swój wyraz w dwóch listopadowych numerach: "Dziennika Wschodniego" oraz "Gazety Wyborczej". Oba artykuły zawierały m. in. krótką notkę biograficzną artysty oraz własne spostrzeżenia autorów. Jeden z nich tak opisał obrazy Kołodziejka: Świetliste albo zadymione. Niektóre formalnie zdyscyplinowane, inne bardziej swobodne i lekkie, rozmalowane, jakby były mrugnięciami w stronę postimpresjonizmu. Jest w tym malarstwie rzadki urok swobody w posługiwaniu się środkami malarskimi i świadectwo autentyczności przeżycia, wrażenia". Natomiast Waldemar Odorowski w katalogu wystawy napisał, iż na dobrą sztukę nie mają wpływu ani zmienne kryteria ani obowiązujące definicje. Dlatego też Andrzej Kołodziejek wybrał Kazimierz a sztukę jego cechują szczerość i prawda.

W 1998 roku Andrzej Kołodziejek został ponownie wykładowcą, tym razem w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Otóż z pomocą Fundacji Dziesięciu Muz Vincent i jej prezesa Adama Kaczmarka powstała w Kazimierzu "szkółka plastyczna" nazywana przez niektórych żartobliwie "Akademią Sztuk Pięknych". Jej celem była pomoc dzieciom uzdolnionym plastycznie w rozwijaniu ich talentów. Do "akademii" wstąpiły te najzdolniejsze wybrane przez szkoły z Kazimierza i gminy Kazimierz. Nauczanie natomiast zaproponowano uznanym i doświadczonym artystom: Jerzemu Gnatowskiemu i Andrzejowi Kołodziejkowi. Pod koniec roku w świątecznym wydaniu "Dziennika Wschodniego" Zbigniew Miazga zamieścił dość obszerny artykuł połączony z wywiadem, dotyczący życia oraz twórczości Andrzeja Kołodziejka. Znalazły się w nim opowieści o studiach, Kazimierzu i oczywiście malarstwie. Na pytanie: "Kiedy malujesz?" artysta odpowiedział, że wtedy, kiedy coś go poruszy, i że jest to jedyny powód, by stanąć przy sztalugach. Malarz zdradził również jak wyglądała przeprowadzka do Kazimierza, a właściwie oddalonej o 10 km Rzeczycy, opowiedział o budowie domu, stwierdzając na końcu: "Od dziesięciu lat mieszkamy tu bez zbytków, ale wygodnie...". Latem 1999 roku w Galerii Dzwonnica w Kazimierzu Dolnym miał miejsce Salon Letni, w którym wziął udział także Andrzej Kołodziejek. W kwietniu tego roku, późnym wieczorem program II Polskiego Radia wyemitował audycję o Andrzeju Kołodziejku. Znalazł się w niej wywiad z artystą, ale także opinie o nim i jego malarstwie Jerzego Gnatowskiego i historyka sztuki Waldemara Odorowskiego. Podczas rozmowy malarz wspominał swojego profesora Nachta-Samborskiego, mówił o istotnych cechach swego malarstwa, wyjaśnił jak powstają jego obrazy. Interesującej i bardzo ciepłej rozmowy udzielił autorce programu Jerzy Gnatowski, malarz również żyjący i tworzący w Kazimierzu Dolnym. O Kołodziejku powiedział, że potrafi oddać nastrój krajobrazu, klimat danej chwili, że wyłuskuje go tak, jak malarz powinien to robić. Jego malarskie przeniesienia określił jako bardzo rzetelne i syntetyczne, składające się z krótkich, treściwych zdań. Te obrazy nie są przegadane ani przerysowane. "To jest takie bardzo rasowe malarstwo. Takie z krwi i kości". Natomiast Waldemar Odorowski, stwierdził m.in., że: "Malarstwo Andrzeja wyróżnia się olbrzymią i natychmiast dostrzeganą wartością. Poza tym jest to malarstwo w pełni autonomiczne. Jego związki z tradycją są oczywiste, ale to w żaden sposób nie degraduje lego malarstwa, ponieważ Andrzej z tradycji wyciąga to, co właściwe i to najlepsze, czyli zachowuje się jak dojrzały, świadomy tego, co robi, artysta". Andrzej Kołodziejek zmarł w 2001 roku.

Beata Tomaszewska - "Koleje życia Andrzeja Kołodziejka".
(Tekst zamieszczony w katalogu wystawy "Andrzej Kołodziejek. 1935-2001. Obrazy" w Muzeum Nadwiślańskim w Kazimierzu Dolnym.)

Tekst i zdjęcia prac Andrzeja Kołodziejka zamieszczone dzięki uprzejmości p. Waldemara Odorowskiego z Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym i p. Jacka Przybysia. Foto: Paweł Giergoń


redakcja|nota prawna
© 2003-2018 sztuka.net   Wszelkie prawa zastrzeżone.